środa, 20 listopada 2013

Krem kalafiorowy z curry i mlekiem kokosowym

Świat otuliła siwa pajęczyna listopada. Zabłąkana w szarości plamka koloru urasta do rangi zjawiska. Na spacerach uważnie tropię przymarszczone owoce głogu, pojedyncze miedziane listki na berberysowych żywopłotach, dogasające krzaczki wrzośców, ostatnie żółte latawce na klonach… Zmrok gęstnieje już wczesnym popołudniem i nie jest to jagodowy zmierzch wrześniowy, ale płachta z ciemnego sukna zsuwająca się z nieba pod ciężarem wilgoci.

Listopad potrzebny jest ziemi do uspokojenia. To taki stan przedsenny. Zwolnienie rytmów, zastygnięcie soków. Człowiekowi listopad potrzebny jest do zwrócenia się do wewnątrz, skupienia, zadania kilku pytań. Pytań w sprawach czasu, przepływu, ważkości. Zanim zewnętrzny świat pobieleje od śniegu, a wewnętrzny – od jasności odpowiedzi, bywa ciężko, ciemno, mało energetycznie.




Zatem – więcej światła! Więcej ognia! 

Również w kuchni. 

Dałam dziś ognia zupą. Prostą, mocną, słoneczną. Krem curry z kalafiora.
Jeden kalafior podzieliłam na różyczki, jeden nieduży seler bulwiasty obrałam i pokroiłam na kawałki, jedną sporą cebulę obrałam i pokroiłam w piórka, białą część pora posiekałam w talarki. Wszystkie jarzyny zalałam wodą, kilka różyczek kalafiora wyciągnęłam po zblanszowaniu i odłożyłam, resztę gotowałam do miękkości. Osoliłam. Dodałam indyjskie żółte curry w proszku, ostre, z kolorystyczną przewagą kurkumy. Zmniejszyłam ogień i pozwoliłam zupie troszkę pobulgotać, zanim dodałam mleko kokosowe, pełną puszkę. Po kilku minutach zupę zmiksowałam w blenderze kielichowym. Sprawdziłam jeszcze, czy jest dość wyrazista i pikantna, dla pewności dodałam jeszcze szczyptę białego pieprzu. Na dno miseczek położyłam po różyczce zblanszowanego kalafiora i zalałam aksamitnym kremem.




Już po kilku łyżkach poczułam się wewnętrznie rozgrzana i gotowa do zmierzenia się z trudnymi pytaniami.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza