niedziela, 12 lipca 2015

Curry z bobu



Zielone, zawadiackie kapsułki pełne mącznego smaku. Wyślizgujące się chętnie ze zgrzebnych łupin. Jedzone bez opamiętania, taśmowo, salaterka ręka usta, salaterka ręka usta.

Bób. Trudno się nim nasycić. Trudno powiedzieć: dość.

Kiedy już lekko opatrzy się i osmaczy ten prosto z wody, gotowany z solą, wiechciem kopru i rozgniecionymi kilkoma ząbkami czosnku, pora na wariacje.

Lubię pasty z bobu, do placuszków gryczanych albo chlebków roti. Tym razem potrzebowałam jednak czegoś solidniejszego, co stanie za obiad na dwa dni. I to za syty obiad, w sam raz dla steranego życiem intelektualisty.

Kolega ostatnio przesmażał łuskany bób ze świeżymi daktylami. Zaintrygował mnie. Nie znalazłam w domu daktyli, miałam jednak płynny słód daktylowy, który postanowiłam wykorzystać do przyrządzenia słodko-ostrego curry z bobu. Ale po kolei.

 
Najpierw ugotowałam kilo bobu, tradycyjnie, z koprem i czosnkiem. Ostudziłam i wyłuskałam z łupin (tak, jestem ze szkoły łuskaczy, łupiny są dla mnie za ciężkie, no chyba że jest to pierwszy czerwcowy bób, bobo właściwie, ale ten ze środka lata zdążył się już nieco opancerzyć).

W woku rozgrzałam łyżkę oleju kokosowego. Gdy zrobił się płynny, wrzuciłam drobno posiekane trzy dymki wraz ze szczypiorkiem, kilkakrotnie zamieszawszy poczekałam, aż się zezłocą i wygarnęłam z woka do salaterki. Do woka z resztkami cebulowego smaku dodałam kolejne pół łyżki tłuszczu kokosowego i łyżkę daktylowego słodu; wymieszałam  i dodałam przyprawy: mielone ziarna kolendry, mielony kumin i kurkumę (po płaskiej łyżeczce), posiekany centymetrowy kawałek korzenia imbiru, pół łyżeczki pasty z chilli (może być świeża chilli, centymetrowy kawałek, drobniutko pokrojony), pieprz, sól, łyżkę gęstego przecieru pomidorowego i niecałą łyżkę oleju sezamowego. Trzymałam wok na małym ogniu, mieszając, aż pasta związała się i zaczęła niebiańsko pachnieć. Wówczas dodałam bób, cebulę i ¾ szklanki gęstego mleka kokosowego. Pozwoliłam, by curry nasiąkało smakami, bulgocząc na maleńkim ogniu, a tymczasem przyrządziłam „bekon” z kalarepki.



Sporą kalarepę obrałam i przekroiłam w pół. Każdą połówkę skrajałam w cieniutkie półplastry, takie niemalże przezroczyste. Na płaskiej patelni rozgrzałam odrobinę tłuszczu kokosowego, tyle tylko, aby maznąć oleistą mgiełką powierzchnię patelni. Kładłam plastry ostrożnie, lekuchno oprószałam solą i odwracałam je szerokim nożem po około minucie, gdy lekko się przyżeliły. Tak podsmażona kalarepka przypomina wyglądem wędzony bekon. Można obsypać ją wędzoną papryką, wówczas złudzenie będzie jeszcze silniejsze. Nie jestem entuzjastką naśladowania niewegańskich smaków, ale kalarepowy „bekon” jest po prostu dowcipny.

Wyłożyłam do miski bób, przybrałam zwiniętymi rulonikami kalarepki. Podałam z brązowym ryżem jaśminowym, ugotowanym na kleisto. 





Ściągawka, czyli potrzebne produkty
Kilogram bobu, pęczek kopru, cztery ząbki czosnku, trzy szalotki wraz ze szczypiorem, półtorej łyżki oleju kokosowego, łyżka syropu daktylowego, po płaskiej łyżeczce mielonej kolendry, kuminu i kurkumy, centymetrowy kawałek obranego korzenia imbiru, pół łyżeczki ostrej pasty z czerwonej chilli (lub centymetrowy kawałek świeżej chilli), pieprz, sól, łyżka gęstego przecieru pomidorowego, niecała łyżka oleju sezamowego, ¾ szklanki gęstego mleka kokosowego, jedna spora kalarepka.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza