środa, 8 czerwca 2016

Pappardelle szparagowe z makaronem ryżowym i orzechami



Kiedy późna wiosna skacze na główkę w gorącą toń lata, zaczynam mieć bardzo dużo roboty. Bo to rano trzeba zrobić inspekcję każdej ze stu piętnastu donic i doniczek, jakie tłoczą się w mojej loggii. Trzeba uszczknąć przekwitłe płatki, oberwać spalone słońcem liście, skropić rośliny wodnym pyłem z rozpylacza. Za światła dziennego trzeba zrobić zdjęcia nowych kwiatów, bo ani się obejrzę, a już minie na nie sezon, przeminą bez pożegnania. W dzień trzeba też zajrzeć na jakiś targ, wytropić nowalie i pogadać ze sprzedawcami, wyszpiegować, czy czasem nie pojawiły się w dzielnicy krajowe czereśnie i bób. Trzeba posłuchać ptaków, zwłaszcza tych plotkarzy, kosa i szpaka. Po zmroku trzeba odprawić rytuał podlewania, moje rośliny potrzebują ponad dwudziestu litrów wody dziennie, przemierzam zatem dwudziestokrotnie dystans loggia – kuchenny zlewozmywak, czekam cierpliwie, aż chłodna woda spłynie do litrowej konewki, drepczę z powrotem uważnie, aby nie uronić ni kropli, po czym powoli, powolutku, cienkim srebrnym strumykiem, dokarmiam kwiaty. Wspaniała medytacja. Przed snem trzeba jeszcze starannie wyszczotkować kota, który zmienia odzienie na letnie, lżejsze. Tyle spraw na głowie. A jeszcze praca zawodowa… W tym bujnym, zielonym zawirowaniu czasem trudno znaleźć czas na gotowanie. A zwłaszcza – na pisanie o gotowaniu.

Anim się obejrzała, a szparagi, które przy poprzednim wpisie na blogu były nowalijkami, zaczęły przejrzewać. Coraz rzadziej pojawiają się te cienkie jak paluszki, coraz częściej – grube jak kciuk, ciągle jednak jeszcze mięsiste i pełne soków. Idealne na pappardelle, czyli grube wstążki przypominając e makaron. Można podać je same, danie jednak będzie treściwsze, jeśli wymiesza się je z prawdziwym makaronem.



Najpierw w głębokiej misce zalałam osolonym wrzątkiem pół paczki ryżowego makaronu z tapioką i zieloną herbatą. Ten gatunek jest dostępny w sklepach Carrefour, można znaleźć go na stoiskach z orientalną żywnością; ma prześliczny pistacjowy kolor i subtelny herbaciany posmak. Oczywiście można go zastąpić zwykłym makaronem ryżowym, trzeba wybrać ten o jak najszerszych wstążkach. Makaron odstawiłam na kwadrans, następnie odcedziłam i wymieszałam z łyżką oleju z włoskich orzechów.

Na suchej patelni uprażyłam dwie garści łuskanych i rozdrobnionych orzechów włoskich; zdjęłam z ognia, gdy zaczęły pachnieć, przesypałam na talerzyk.

Pęczek grubych zielonych szparagów starannie umyłam i osuszyłam. Z każdego szparaga odcięłam zdrewniałą końcówkę, tak na oko pół centymetra, a potem ostrą obieraczką zestrugałam pierwszą, sztywną warstwę skórki, którą wyrzuciłam. Następnie obcięłam czubek, odłożyłam, zaś pozostałą część warzywa strugałam dalej, trzymając  na desce do krojenia tak, aby nie skroić sobie palców, ale otrzymać cienkie, dość długie wstążki. I tak postąpiłam z całym pęczkiem.

Na patelni rozgrzałam łyżkę oleju kokosowego. Na gorący tłuszcz wrzuciłam szparagowe pappardelle i smażyłam około półtorej minuty;  wstążki mają być chrupkie. Posoliłam, dodałam płatki chilli, osączony makaron ryżowy, a na koniec – czubki szparagów. Wszystko razem potrzymałam na ogniu minutę, poruszając patelnią. Wyłożyłam „kluski” na talerz, posypałam orzechami, przybrałam jadalnymi kwiatami chabrów. 



Danie jest jak czerwiec, lekkie, a intensywne i sycące. 


Ściągawka, czyli potrzebne składniki:
Pół opakowania makaronu ryżowego z tapioką i zieloną herbatą (lub zwykłego makaronu ryżowego wstążki), pęczek zielonych grubych szparagów, dwie garści łuskanych orzechów włoskich, łyżka oleju z orzechów włoskich, łyżka oleju kokosowego, sól, dwie szczypty suszonych płatków chilli, jadalne kwiaty do ozdoby



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza