niedziela, 16 lutego 2014

Konfitura z pomarańczy i mandarynki w syropie waniliowym - słoneczne przetwory



Ani to zima, ani przedwiośnie. Coś innego, piąta pora roku. Niezima. Niewiosna. Zawieszenie pomiędzy. Ani błysku słońca w soplach lodu, ani musujących refleksów w drobinach lekkiego deszczu.

Trzeba sobie wyprodukować słońce. Trzeba poeksperymentować z pokrętłem temperatury, wyostrzyć kontury, tu przyciemnić, tam rozjaśnić. Wyfantazjować światłocień. W środku szarego lutego.

Sięgam znów po sycylijskie cytrusy. To akurat ich pora. Znaczną c
zęść zjadam na surowo, o tak na przykład: fantazyjnie pokrojone, z borówkami amerykańskimi, zielonymi figami z syropu i listkami melisy. Z części - smażę słoneczne przetwory.

 

Tuzin sporych ekologicznych pomarańczy – po równo tarocco i moro, ale mogą być też inne odmiany, na przykład novelina  – oraz trzy cytryny umyłam i pokroiłam w drobne cząstki wraz ze skórką. Przełożyłam do garnka z grubym dnem, postawiłam na podkładce na maleńkim ogniu i cierpliwie smażyłam, a właściwie – pozwoliłam cytrusom się prażyć przez półtorej godziny, dość często mieszając. Następnie dałam im przez noc odpocząć, a następnego dnia ponownie zaczęłam podgrzewać. Gdy zaczęły parować, dodałam 8 goździków, dosypałam 40 dag brązowego cukru, zamieszałam i dalej prażyłam, pozwalając sokom powoli odparowywać. Smażenie czy prażenie – któż wie, jaka wersja poprawna? – kontynuowałam, aż konfitury zrobiły się gęste na tyle, że nie spływały swobodnie z łyżki. Wówczas przełożyłam je do wyprażonych w piekarniku słoików, starannie zakręciłam czystymi nakrętkami i pasteryzowałam „na sucho”, w piekarniku, w temperaturze 110 stopni, przez pól godziny. Warto tu poczynić jedną uwagę: konfitury z czerwonych pomarańczy, do jakich należą tarocco i moro, nie będą miały tej obłędnej, rubinowej barwy, jaką fascynuje świeży sok z tych owoców. W trakcie prażenia staną się po prostu… pomarańczowe. Smak zaś gotowej konfitury jest najpierw słodki, potem kwaskowy, a następnie gdzieś na końcu języka, gorzki. Odpowiada mi taki bukiet. 



 
Przygotowałam jeszcze jeden zimowy  przysmak cytrusowy – mandarynki w waniliowym syropie. 3 kilogramy sycylijskich mandarynek obrałam ze skórek i podzieliłam na cząstki, starając się usunąć jak najwięcej pestek, które są bardzo gorzkie. Tak przygotowane owoce przełożyłam do garnka o grubym dnie, zasypałam 3/4 kg brązowego cukru, dołożyłam dwie laski wanilii pokrojone na półcentymetrowe kawałeczki i zaczęłam gotować na małym ogniu. Trwało to około półtorej godziny, zanim owoce stały się nieco szkliste. Zgasiłam wówczas gaz i dałam mandarynkom kilka godzin odpoczynku, po czym gotowałam je jeszcze kolejne pół godziny uważając, aby większość z nich zachowała swój kształt, nie zanadto się rozpadając. Następnie przełożyłam je do wyparzonych słoików i pasteryzowałam w piekarniku w taki sam sposób, jak konfiturę pomarańczową.



Oba rarytasy można po prostu podjadać z salaterki, jako kontrapunkt do kawy czy herbaty, można rozsmarowywać na grzankach, można podawać na kruchym cieście – jako nadzienie do tart czy babeczek. Jak tu, na cieście bezglutenowym.




Teraz jakby jaśniej.      
                                                                                                                                                                                               
                                                                                                                                                        




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza