niedziela, 9 lutego 2014

Zupa "nic" - babcina legumina



Od czasu do czasu ogarnia mnie nostalgia. Siadam do albumu ze zdjęciami, delikatnie wygładzam rożki, patrzę na twarze, które przeminęły, wspominam miłość, która ogrzała i tę, która kazała trzymać się prosto. Tęsknię. Czasem tak mocno, że czuję na włosach szorstką, mocną dłoń, czuję zapach mydła konwaliowego, czuję smak dzieciństwa.

Smak niedzielnej leguminy. Na przykład smak zupy „nic”.

Klasyczna, babcina zupa „nic” była ze słodkiego mleka, gotowanego z laską wanilii, cukrem i żółtkiem. Od lat jednak nie używam krowiego mleka, więc moje wariacje na temat zupy „nic” opierają się głównie na mleku kokosowym lub migdałowym.

Pewnej niedzieli odłożyłam z westchnieniem album i powędrowałam do kuchni. Wycisnęłam dwie szklanki soku z pomarańczy. Ubiłam na sztywno białko z dwóch jajek z 2 łyżkami trzcinowego cukru pudru. Sok pomarańczowy podgrzałam na małym ogniu. Gdy zbliżał się do wrzenia, włożyłam do niego delikatnie po kształtnej "chmurce" białek, uważając, aby się nie pobrudziły na żółto. Gotowałam pod przykryciem 4 minuty, wyciągnęłam chmurki łyżką cedzakową, odłożyłam na talerz. Do tego samego soku wrzuciłam półtorej szklanki startej na grubej tarce dyni i pogotowałam ok. 5 minut. "Zacierki" dyniowe mają być chrupkie, nie rozgotowane. W międzyczasie w drugim rondelku wymieszałam puszkę mleka kokosowego z pulpą z 8 zmiksowanych mandarynek i dwoma rozbełtanymi żółtkami;  dodałam łyżeczkę cynamonu i 3 goździki. Gotowałam na wolnym ogniu, mieszając. Gdy płyn zaczął gęstnieć, dodałam dynię z sokiem pomarańczowym, chwilę jeszcze pomieszałam i wylałam do miseczek. Na wierzch położyłam po chmurce. Posypałam po wierzchu potpourri z suszonych jadalnych kwiatów - nagietków, chabrów, lawendy. Sądzę, że ten krem nieźle by też wyszedł zapieczony.

 

Przypomniałam sobie jeszcze dwie lżejsze wersje tej zupy, jakie robiłam latem ubiegłego roku.

Za pierwszym razem obrałam 2 dojrzałe mango, pokroiłam w cząstki i zmiksowałam w blenderze z mlekiem kokosowym (1 mała puszka) i mlekiem ryżowym (2,5 szklanki). Dołożyłam 2 łyżki wiórków kokosowych i 2 rozkłócone surowe żółtka. Podgrzewałam na małym ogniu, nie doprowadzając do wrzenia i ciągle mieszając trzepaczkę, żeby z żółtek nie zrobiła się jajecznica, ale żeby legumina nieco zgęstniała. Gorącą wylałam na talerz.




Z białek 2 jaj ubiłam sztywną pianę, dodając szczyptę soli i cieniutkim strumykiem dolewając troszkę syropu z agawy (w sumie tak z pół łyżeczki). W małym garnku zagotowałam wodę, dodałam do niej jeszcze łyżeczkę syropu. Kładłam po łyżce ubitą pianę, formując obłoczki. Po ok. 2 minutach wyjęłam łyżką cedzakową, ostrożnie włożyłam do leguminy. Całość posypałam domową granolą owsianą.

 
Innym razem zagotowałam mleko kokosowe z pulpą ze świeżych wiśni, pieprzem i goździkami. Przelałam zupę do kokilek. Chmurki z białek, przygotowanych jak poprzednio, położyłam na wierzchu, przybrałam świeżą miętą. 



W innej wersji ugotowane chmurki wyłożyłam delikatnie na papier do pieczenia i krótko zapiekłam pod mocnym grillem w piekarniku - tylko do momentu, gdy "złapały" rumieniec.




Przy takiej zupie znika smutek. Zostaje łagodność. 


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza