poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Marchwianka i groszkówka



Znów zachciało mi się kulinarnych wędrówek do dobrych wspomnień. Jako że jestem chwilowo na diecie, która składa się głównie z potraw płynnych i półpłynnych, moje myśli powędrowały w kierunku dwóch przepisów na zupy. Pierwszą z nich jadłam kiedyś w Londynie, w maleńkiej knajpce hinduskiej, do której już pewnie nie trafię. Drugą natomiast poczęstowano mnie w Sudetach, w pensjonacie Chata Morgana, którego kuchnia z całą pewnością zalicza się do wybitnych. Dodatek cynamonu do groszkowego przecieru to pomysł zaiste godny srebrnej łyżki.



Aby przygotować aromatyczną marchwiankę, pięć sporych marchewek pokroiłam na drobne kawałki, podlałam dwiema szklankami wody. Dodałam łyżkę masła klarowanego i lekko poddusiłam, przez jakieś dwadzieścia minut. Następnie dodałam dwie szklanki soku świeżo wyciśniętego z pomarańczy. Posoliłam dość hojnie. Dodałam garść suszonego mango i pół łyżeczki suszonych płatków chilli, a także kawałek – około dwucentymetrowy – świeżego imbiru startego na wiórki. Wszystko razem pogotowałam jeszcze kwadrans i dokładnie zmiksowałam.  Zupa ma być dość pikantna, słodko-słona, aromatyczna.



Na próżno próbowałam wycyganić dokładny przepis na sudecką groszkówkę, podobnie jak w przypadku londyńskiej marchwianki musiałam zaufać własnym kubkom smakowym. Paczkę mrożonego groszku zostawiłam do rozmrożenia w pokojowej temperaturze, następnie zalałam 1,5 l wrzątku i gotowałam na małym ogniu przez 25 minut, z płaską łyżką soli i dwiema laskami cynamonu. Po tym czasie dodałam puszkę mleka kokosowego i gotowałam kolejne 5 minut. Wyjąwszy cynamon, zmiksowałam zupę w blenderze kielichowym na gładki, rozkosznie pachnący krem.


Znowu zupy... Cóż, moja zupomania jest nieuleczalna.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza