czwartek, 14 sierpnia 2014

Tabbouleh bezglutenowe z kaszy quinoa



5 tysięcy lat to szmat czasu. A od tylu lat znana jest i uprawiana quinoa, czyli komosa ryżowa. Ta niezwykła roślina zawiera w sobie niemal wszystkie potrzebne człowiekowi mikroelementy. Legenda głosi, że to właśnie quinoa była „złotem Inków”, tajemnym skarbem, któremu Inkowie zawdzięczali siłę i mądrość. Legenda prawi też, że hiszpańscy konkwistadorzy, aby Inków ostatecznie pognębić, zakazali uprawy quinoa, której zagony przetrwały tylko gdzieś wysoko w górach. Po latach quinoa wróciła do łask, podobnie jak wraca jej uboższa krewna, poczciwa polska komosa biała.

Ziarnami quinoa zachwycam się, odkąd wyeliminowałam gluten. Robiłam już z nich krupnik i rozmaite potrawki, podawałam na przykład z duszonymi porami i brukselką.




Tym razem zakaprysiłam i w związku z planowanym wyjazdem w plener postanowiłam przygotować – jako kolejną potrawę piknikową – autorską wariację na temat tabbouleh, czyli marokańskiej potrawy, do której w klasycznej wersji używa się kaszy kuskus. Ta jednak, jako zawierająca gluten, została przeze mnie jakiś czas temu wyproszona z kuchni. Do mojej wariacji użyłam też innych składników, jakich raczej w tabbouleh się nie uświadczy, a mianowicie – suszonych pomidorów oraz domowych ogórków małosolnych, takich ledwo-ledwo zakwaszonych, po 24 godzinach leżakowania w solance (aby przyspieszyć proces kiszenia, trzeba zalać ogórki gorącą solanką, a potem pozostaje już tylko niecierpliwie przebierać nogami w oczekiwaniu na świeży, aromatyczny, czosnkowo-koprowy smak).

 


Zaczęłam od przepłukania ziaren białej quinoa (jest jeszcze czerwona, bardzo dekoracyjna), gdyż podobnie jak kasza jaglana pokryte są gorzkawą saponiną. Następnie przygotowałam je w identyczny sposób, jak robię z ryżem jaśminowym. Wsypałam przepłukaną kaszę do glinianego garnka i wlałam wodę w takiej ilości, aby było jej tyle nad powierzchnią kaszy, ile samej kaszy. Gotowałam na podstawce izolującej, bez przykrycia, aż woda się spieniła, wówczas zamieszałam i przykręciłam nieco gaz. Gdy kasza wchłonęła większość wody, wsypałam kilka szczypt soli, ponownie zamieszałam, przykryłam garnek i gotowałam jeszcze około 5 minut. Ugotowana quinoa ma specyficzną konsystencję, moja koleżanka twierdzi, że przypomina małe robaczki – ale bardzo ładne robaczki. No, nie wiem.




Kiedy komosa stygła, przygotowałam dodatki do tabbouleh. Pokroiłam w cienkie plasterki cztery ogórki małosolne, a w ćwiartki – po garści żółtych i czerwonych pomidorków koktajlowych. Wycisnęłam sok z jednej cytryny. Przecisnęłam przez praskę spory ząbek czosnku. Posiekałam dwie garści mięty i dwie garści natki pietruszki. Naszykowałam pół filiżanki sporych jabłuszek kaparowych i drugie pół – siekanych zielonych oliwek. Pokroiłam w drobne paseczki kilka suszonych pomidorów z oliwy. Do ciepłej jeszcze kaszy dodałam najpierw trzy łyżki oliwy, w której pływały suszone pomidory, następnie – sok z cytryny, a później, gdy quinoa całkiem wystygła –wszystkie pozostałe dodatki. Tabbouleh musi się ze dwie godziny przegryźć. Podaje się je na zimno, wyciągnięte z lodówki. Ja podam je sobie pewnie na pomoście, nad jakimś cichym, sennym jeziorem.
 




Ściągawka, czyli potrzebne składniki:

opakowanie białej quinoa (dag), cztery niezbyt mocno ukiszone ogórki małosolne, garść żółtych i garść czerwonych pomidorków koktajlowych, duży ząbek czosnku (obrany), garść świeżej mięty, garść świeżej natki pietruszki, pół filiżanki dużych jabłuszek kaparowych (lub zwykłych, małych), kilka suszonych pomidorów z oliwy i trzy łyżki tejże oliwy spod pomidorów, sól

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza