Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zachwycenia w drodze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zachwycenia w drodze. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 maja 2015

Tabbouleh z kalafiora ze świeżymi ziołami



Intensywność mojego zachwycania się światem jest tak duża, że nie nadążam z notowaniem. Za mną pierwsze majowe dni spędzone w Beskidzie Niskim i Bieszczadach, piesze wędrówki między Hańczową, Wysową, Blechnarką, Banicą, Izbami, Regietowem, Ropkami, Kwiatoniem, Świątkową, Zawadką  Rymanowską…

Pokłony w cerkwiach i przy rozstajnych krzyżach, łapanie stopa na bezludziu i przygarnianie do samochodu innych znużonych wędrowców, wąchanie najświeższej zieleni, rozcieranie w palcach ledwo wyklutych seledynów, zapatrzenia w białą mgłę tarnin i trześni, pierwsze leżenie na nagrzanej ziemi, z głową w zawilcach i kokoryczach, wysyłanie niespiesznych myśli w ślad kłębiastych baranków, pierwsze ucieczki przed młodzieńczą burzą...

 

Tymczasem na nizinach wiosna, nieśmiało dotąd pączkująca, wystrzeliła w niebo jak zielona fontanna. Zaszalała bzem, konwalią, narcyzem. Pokropiła łąki kolorowym pędzlem. Namówiła żuka, aby znalazł panią żukową. Zgęstniała, dojrzała, z kiełkującego podlotka zmieniła się w pannę pierwszej, bujnej młodości. 


 
Staram się teraz przemycać do każdego dania wiosenne elementy. Tyle wokół jadalnego zielska, aż buzującego od soków i chlorofilu! Do zwykłej sałaty można dorzucić czubki pokrzyw, listki dzikiego szczawiu, a nawet młodziutkie listki lipowe lub bukowe -  mają delikatny smak z lekko kwaśną nutą końcową. 



Do porannej owsianki można dodać fiołki ogrodowe lub leśne. Warto korzystać, bo organizm zmęczony szarością przedwiośnia z wdzięcznością przyjmie każdą zieloną molekułę. 





Ostatnio przyrządziłam tabbouleh z młodego kalafiora. Wiadomo, że do klasycznego tabbouieh używa się bulguru bądź kuskusu, ale wersja kalafiorowa jest bezglutenowa i oczywiście zdrowsza.




Młody, spory kalafior obrałam z zewnętrznych liści, umyłam, osuszyłam i podzieliłam na kilka części – niezbyt dużych, aby mogły zmięknąć w obróbce cieplnej i niezbyt małych, aby wygodnie można je było potem zmienić w „kaszkę”. Tak przygotowane ułożyłam na blasze i wstawiłam do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni. Trzymałam je w piekarniku przez kwadrans, od czasu do czasu przewracając, aby nie przyżeliły się zanadto od spodu. Pieczenie kalafiora to świetny patent; warzywo zachowuje jędrność, nie bez znaczenia jest też większa niż w wersji gotowanej „powściągliwość zapachowa” takiej obróbki. Po upieczeniu kalafior starłam na tarce o grubych oczkach, uzyskując coś w rodzaju granulatu przypominającego kuskus. Do tak przygotowanej „kaszki” wcisnęłam sok z jednej cytryny, dodałam trzy łyżki oliwy, sól i pieprz do smaku, odstawiłam. 

 

W tym czasie obrałam dwa świeże ogórki, przecięłam je w pół, wydrążyłam gniazda nasienne (zjadłam je od razu – mają w sobie dużo walorów smakowych, ale rozwadniają potrawę), posiekałam w kostkę. Dwie garści pomidorków koktajlowych umyłam, osuszyłam, każdy przekroiłam w pół. Kilkanaście drylowanych oliwek posiekałam drobno. Dołożyłam jeszcze solidną garść suszonej morwy. Wszystkie te dodatki połączyłam z kaszką kalafiorową.


Teraz przyszła kolej na zieleninę. Posiekałam dwie garści świeżej mięty, garść świeżej rukwi wodnej (ja wykopałam nad rzeką i posadziłam w doniczce, można dostać sadzonki na giełdzie ogrodniczej albo małe doniczki w supermarkecie), garść świeżych liści kolendry wraz z łodyżkami. 
  

Dodałam jeszcze dwie garści szczawiku zajęczego. Ta intensywnie kwaskowa roślina rośnie niemal we wszystkich polskich lasach. Zerwane listki, koniecznie wraz z intensywnie czerwonymi łodyżkami, w których chowa się cały smak, można przechowywać skropione wodą w lodówce nawet do tygodnia. Zioła wymieszałam z warzywami, całe danie odstawiłam do lodówki na godzinę, podałam schłodzone. W glinianych naczyniach przywiezionych z gospodarstwa Farfurnia z Zawadki Rymanowskiej, gdzie można nauczyć się robić takie cudeńka.

Do kalafiorowego tabbouleh można wykorzystać mieszankę innych ziół i warzywnych dodatków – zachęcam do eksperymentowania. Wiosna to czas fantazji.


Ściągawka, czyli potrzebne produkty
Jeden spory kalafior, sok z jednej cytryny, trzy łyżki oliwy, dwa świeże ogórki, kilkanaście pomidorków koktajlowych, kilkanaście zielonych oliwek bez pestek, garść suszonej morwy, dwie garści świeżych liści mięty, garść świeżych liści i łodyżek kolendry, garść świeżej rukwi wodnej, dwie garści szczawiku zajęczego







piątek, 27 lutego 2015

Nieodwracalny koniec zimy



Zima w tym roku kazała mi się szukać. Kapryśnica, nie pofatygowała się do centrum, południe nawiedzała niezapowiedzianymi wizytami, jak primadonna. Musiałam szukać jej na północy. Udało mi się, i to dwukrotnie. 


W styczniu przyłapałam ją nad morzem, co prawda bezśnieżną, za to wietrzną i mroźną, niemal arktyczną. 





Szłam pod wiatr, bezradnie przebierając w miejscu nogami w zmarzniętym piachu.

 

Pędziłam z wiatrem, pchana w plecy falą lodowego podmuchu, śmiałam się i śpiewałam przekrzykując łoskot fal. 


 

A potem sztorm ucichł, morze zmieniło się w perłową salaterkę, a w porcie słychać było zewsząd skrzek mew i fletowe pogwizdy kaczek lodówek. 



 






Zimowe morze jest magnetyczne. Krystalicznie szafirowe w słońcu, w sztormie ołowiane, siwe, czasem niemal białe. Morze wikingów, odkrywców północy, rybaków w szorstkich swetrach. Morze świeżych, ostrych zapachów. Morze dźwięków, które latem zagłusza krzykliwy tłum. Morze ptaków. 







Pusty Hel, wyludniona Jastrzębia Góra, śpiąca Łeba w objęciach wydm. Pojedynczy spacerowicze, ornitolodzy, fotografowie. Wrócę za rok, po ciszę.



Podobnie jak wrócę na Suwalszczyznę.


W lutym spędziłam tam tydzień, w maleńkiej wioseczce Postawele, tuż pod litewską granicą. Narażając się na utknięcie w lodowej koleinie, dzielnie przebijałam się przez wiejskie drogi moim miejskim samochodzikiem, aby dotrzeć do Wodziłek, w których śpi samotna molenna staroobrzędowców. 


 

 




Jeździłam na biegówkach po zmrożonym śniegu wzdłuż rzeki Szeszupy, włóczyłam się nad brzegami zamarzniętych jezior, tropiłam odyńce i jelenie.

 

 
Budziłam się na mglisty świt, patrzyłam, jak mgła srebrzy szadzią gałęzie i suche kwiaty w ogrodzie,










A wieczorem, zziajana i pogodna, zasypiałam obok kota na stercie poduszek.


Chyba pora już stwierdzić, że zima, schwytana na zimnym północnym uczynku, wymknęła nam się ostatecznie i w tym roku nie da się więcej podejść. Jak zwykle, żal mi się z nią rozstawać. 


Lubię mleczne zadymki i ostrość zimowych konturów, dotyk chłodu na policzkach, słońce nigdy bardziej słoneczne, śnieg w setce odcieni. Do widzenia, do widzenia.

sobota, 6 września 2014

Pożegnanie, powitanie



Choć upał to dla mnie dopust boży, muszę sprawiedliwie przyznać, że tegoroczne lato było wyjątkowo widowiskowe, wizualnie atrakcyjne, fotogeniczne.

Nie pamiętam równie barwnego czerwca, równie intensywnego lipca, równie wysyconego sierpnia. Nie pamiętam tak miodnych zapachów, tak ziołowych aromatów, tak soczystych smaków. Tego lata starałam się jak najczęściej wyjeżdżać w Polskę. Przynajmniej co drugi weekend.

I tak, po raz kolejny błądziłam, zakochana, toruńskimi uliczkami.





 


Tańczyłam i śpiewałam na krakowskim Kazimierzu, podczas Festiwalu Kultury Żydowskiej (ale niestety nie jestem tą piękną osobą na zdjęciu).




 



Odkrywałam boczne drogi na Pojezierzu Brodnickim, z kwietnymi łąkami brzęczącymi od pszczół.

 













Słuchałam ciszy nad Rospudą i Biebrzą.
 







 
Wdychałam zapach ziaren i chlebnego pyłu.






 
Podglądałam swobodne zwierzęta.
 



 













 
Pływałam w dziesiątkach jezior, w przejrzystym Cichym, w tajemniczym Czarnym, w rozległym Sośnie. W wodach zielonych i złotych.




 

Teraz, kiedy lato zwija zieloną suknię, chcę podziękować. Za zdrowie, które pozwalało mi godzinami maszerować przed siebie, pływać do zmęczenia ramion, widzieć blask słońca na wodzie i słyszeć świerszcze. Za hojny, dobrotliwy czas. Za rytm nieustannej przemiany.


Witaj, ulubiona jesieni. Witaj, wyczekany długi urlopie. Niech to będzie dobry, syty, spokojny czas.