Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Desery. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Desery. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 lipca 2016

Kokosowa legumina z chia z poziomkami lub malinami



Legumina z mleka kokosowego i nasion chia to przepis tak lapidarny i bezwysiłkowy, że przyrządzi ją nawet przedszkolak. I to w trzy minuty. Bez gotowania, pieczenia, smażenia, co w skwarne dni jest bezcenne. Nieco mdły w wersji podstawowej deser można wzbogacić świeżymi owocami, wedle preferencji. 


Nazbierałam pieczołowicie garnczek leśnych poziomek. Nic nie może się z nimi równać aromatem. Część ususzyłam w suszarce – będą jako zimowy dodatek do herbaty. Część, po starannym opłukaniu, użyłam do leguminy.

Najpierw roztrzepałam mleko kokosowe z nasionami chia tak, aby równomiernie rozmieściły się w płynie. Na pół szklanki mleka dałam sporą łyżkę nasion. Dodałam poziomki i delikatnie zamieszałam. Deser przelałam do ozdobnych słoiczków i umieściłam w lodówce. Po trzech godzinach był gotowy – nasiona chia pęczniejąc zagęściły płyn i nadały mu kremową konsystencję.



Poziomkowy deser znikł w okamgnieniu, następnego dnia zatem powtórzyłam go w wersji malinowej.






Ściągawka, czyli niezbędne składniki
Na cztery porcje: dwie szklanki mleka kokosowego, cztery łyżki nasion chia, cztery garstki poziomek lub malin, listki mięty do przybrania.

poniedziałek, 16 listopada 2015

Legumina żurawinowa z tapioką i mlekiem kokosowym



Po długiej przerwie wracam do spisywania przepisów z zachwyconej kuchni. 

Co się działo, kiedy mnie tu nie było? Ech, było wietrznie, chmurnie, burzliwie, były troski i choroby, ludzkie i zwierzęce, było za dużo pośpiechu, za dużo presji, za mało przestrzeni na spisywanie codziennych zachwyceń – bo przecież one nie zniknęły. Wiem jedno. Kiedy przestanę się zachwycać, będzie pora umierać.

A mi się nie spieszy.

Korzystam dziś z okazji, jaką daje takie zwykłe, poczciwe, listopadowe przeziębienie, grożące dobrotliwie palcem: kobieto, włóż grube skarpety i polar, zrób sobie kubek naparu z czarnego bzu, dom zapachnie czerwcem, zatrzymaj czas na chwilę, usiądź. Przejrzyj zdjęcia. Napisz parę linijek.

Posłuchałam.

Na przeziębienie, oprócz czosnku w hurtowych ilościach, herbaty lipowej z malinami tudzież sałatki z kiszonej kapusty i cebuli, babcia Zofia podawała zwykle kisiel żurawinowy. Wracając z pracy kupiłam torebkę czerwonych kuleczek, z zamiarem ugotowania gęstego, aromatycznego, półpłynnego ni to napitku, ni to deseru. Jednak kiedy już znalazłam się w domu, w tych grubych skarpetach i polarze, okazało się, że na żadnej z półek spiżarki nie ma ani grama mąki ziemniaczanej, dziwnym trafem wyparowała też skrobia kukurydziana, a nawet gotowa skrobia z tapioki. Jedyne, czym dysponowałam, to tapioka w granulacie. Gdyby nie infekcyjna słabość, pewnie bym utłukła ziarnka w moździerzu na mączkę i tak oto sprokurowała kisiel. Niechęć jednak do nadmiernych ruchów skłoniła mnie do przyrządzenia leguminy z wykorzystaniem całych granulek.


Cztery łyżki drobnego granulatu zalałam 600 ml mleka kokosowego. Odstawiłam na godzinę, aby granulki zmiękły. W tym czasie opłukałam ćwierć kilo żurawin, przełożyłam je do garnczka o grubym dnie, porozgniatałam tłuczkiem, zalałam wodą – niewiele, tyle tylko, aby jagody były lekko przykryte. Zaczęłam gotować na małym ogniu, od czasu do czasu mieszając. Po mniej więcej kwadransie dodałam pół szklanki cukru kokosowego (można użyć jakiegokolwiek innego cukru bądź ksylitolu, ja ostatnio testuję z upodobaniem ten akurat składnik) , zamieszałam i gotowałam kolejne pięć minut. Rozgotowaną czerwoną pulpę przetarłam starannie przez sito i dodałam do mleka kokosowego z tapioką, zamieszałam, odstawiłam na kolejny kwadrans. Postawiłam garnek na małym ogniu i, często mieszając, gotowałam leguminę do osiągnięcia pożądanej gęstości. Gotowy deser przełożyłam do słoiczków, podałam – zgodnie ze wskazaniami na tę porę roku – mocno ciepły.



To danie dobrze robi na wszystko, co zziębnięte. A że ostatnio w wielu kwestiach dreszcz mnie lodowaty przechodzi, sądzę, że żurawinowa legumina będzie często gościć na moim stole.
 



Ściągawka, czyli potrzebne produkty
25 dag żurawiny, 600 ml mleka kokosowego, ½ szklanki cukru kokosowego (lub jakiegokolwiek innego, bądź ksylitol do smaku), 4 łyżki drobnego granulatu z tapioki.

środa, 5 sierpnia 2015

Legumina z chia z dżemem z czarnej porzeczki



Lekko zawstydzona donoszę, że w jednym z dopiero co zakręconych słoiczków z dżemem z czarnej porzeczki już widać dno… Tak to jest, gdy co rano dodaje się solidną łyżkę do porannej bezglutenowej owsianki… Jednak strzałem w dziesiątkę okazało się połączenie dwóch ostatnich przepisów, czyli leguminy z chia i dżemu z czarnej porzeczki właśnie. 
 



Dwie kopiate łyżki dżemu dokładnie wymieszałam z 400 ml dobrego mleka kokosowego i z dwiema łyżkami nasion chia. Trzeba mieszać dość długo, aby nasiona dobrze się rozprowadziły. Następnie przelałam zawiesinę do ładnych słoiczków i odstawiłam na noc do lodówki.


Rano pozostało już tylko przybrać leguminę jeżynami i pałaszować. Ot, cała łakociowa filozofia, w cudownie lawendowym kolorze. 



Ściągawka, czyli potrzebne składniki
Dwie kopiate łyżki dżemu z czarnej porzeczki, 400 ml mleka kokosowego, dwie łyżki nasion chia, kilka świeżych jeżyn lub innych owoców.  

piątek, 3 lipca 2015

Purpurowy wermiszel ryżowy z sorbetem porzeczkowym



Już są. Niekwestionowane królowe letniego zapachu. Wykorzystywane w wielu wytrawnych perfumach, jak choćby Amethyst Lalique.

Czarne porzeczki. Po wschodniemu  – smorodiny. Ciemne, atramentowe kulki eksplodujące wibrującym aromatem i cierpkim, zmysłowym smakiem. Już są. Trzeba korzystać.


Ćwierć kilo porzeczek starannie obrałam z ogonków i listków, opłukałam, osączyłam na sicie. Przełożyłam do emaliowanego garnka i rozgniotłam tłuczkiem do ugniatania ziemniaków. Dolałam ćwierć szklanki wody i zaczęłam podgrzewać na małym ogniu, często mieszając, aby się nie przypaliły. Gdy owoce rozpadły się całkowicie, odstawiłam z gazu i ostudziłam, po czym starannie zmiksowałam w blenderze, z dodatkiem trzech łyżek płynnego miodu, na gęsty przecier. Trzy czwarte przecieru odłożyłam do plastikowego pudełeczka i umieściłam w zamrażarce. Co pół godziny wyciągałam pudełeczko i mieszałam masę widelcem, aż uzyskałam dobrze zmrożony sorbet porzeczkowy.

Jedną czwartą przecieru porzeczkowego rozprowadziłam szklanką wrzątku. Do tak przygotowanej zaprawy włożyłam pokruszony w mniejsze kawałki ryżowy wermiszel (zawartość opakowania 100 g). Dokładnie wymieszałam, aby porzeczkowa mikstura pokryła całkowicie makaron, i odstawiłam na 10 minut, aby wermiszel zmiękł, nabrał kolory purpury i porzeczkowego smaku. Następnie osączyłam go na sicie i schłodziłam przez godzinę w lodówce.
Wyłożyłam makaron na talerze, każdy przyozdobiłam solidną łyżką porzeczkowego sorbetu i liśćmi mięty. 


 

Purpurowy wermiszel z dodatkiem porzeczkowych lodów to idealny podwieczorek po skwarnym dniu. 


Ściągawka, czyli potrzebne składniki
Ćwierć kilo czarnych porzeczek, trzy łyżki płynnego miodu, opakowanie (100 g) ryżowego wermiszelu, liście mięty.

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Kwiaty akacji w cieście gryczanym



Wszystko pachnie.

Chodzę z nosem przy ziemi, potem  z nosem zadartym, wącham, niucham, chłonę, wdycham i wzdycham.

Przez dwa tygodnie czerwca świat jest jak balia pełna gorących, białych mydlin i wirujących baniek mydlanych.

Świat jest akacjowy. 


Zanim ziemię pokryje śnieg białych płatków, trzeba koniecznie zdążyć i choć raz przyrządzić racuszki akacjowe. Mnie się udało. Dzisiaj podałam je na śniadanie, usmażone na chrupko w cieście gryczanym. 


 
Przepis na ciasto z kaszy gryczanej sprawdził się któryś już raz idealnie. Były już z niego grube blinczyki, były delikatne naleśniki, były kolorowe placuszki z nitkami cukinii. Teraz wyszły znakomite kwiaty w cieście.

Aby uzyskać bazowe ciasto gryczane, namoczyłam na noc 20 dag niepalonej kaszy gryczanej, zalawszy ją wodą tak, aby przykryła kaszę na grubość palca. Przez noc kasza wchłonęła cały płyn, więc podlałam ją jeszcze szklanką gazowanej wody mineralnej – nie od razu całą! Trzeba sprawdzić, czy po zmiksowaniu w blenderze ciasto nie będzie zbyt luźne. Ma być troszkę gęstsze od naleśnikowego, tak by dobrze przywarło do kwiatowych gron. A jeszcze trzeba dodać trzy łyżki syropu klonowego, co też wpłynie na rozrzedzenie ciasta.

Kwiatostany akacji, a właściwie robinii akacjowej, przywiozłam z czystego lasu z Lubelszczyzny. Nie polecam zrywania ich w środku miasta. Robinie są wszędzie, wystarczy wymknąć się poza rogatki, wejść w dowolny las mieszany i gwarantuję, że znajdzie się solidny krzak, oblepiony słodkim, mydlanym kwieciem.

Natargałam sporo kiści wraz z ogonkami. Najlepiej byłoby od razu usmażyć z nich racuszki, jednak da się przechować je przez noc w lodówce. 



Na patelni rozgrzałam dwie łyżki oleju kokosowego. Brałam w palce każde kwiatowe „gronko” za ogonek i starannie nurzałam je w cieście. I szybko kładłam na patelnię, po dwie minuty z każdej strony i jeszcze chwilkę, aby przyrumieniły się też krawędzie. Po zdjęciu z patelni osączyłam z resztek tłuszczu na pergaminie.  



I już można było jeść słodkawe, chrupiące, niezrównanie aromatyczne racuszki, trzymając je za ogonek (naturalnie niejadalny). Dobrze smakowały saute, jak i z dodatkiem świeżego dżemu z rabarbaru. 



Chyba jestem w stanie trochę polubić lato.


Ściągawka, czyli potrzebne produkty
Około 30 kiści kwiatów akacji, 20 dag niepalonej kaszy gryczanej, szklanka gazowanej wody mineralnej, trzy łyżki syropu klonowego