piątek, 7 listopada 2014

Cymes wegański



Piątkowy wieczór przynosi wspomnienie innego piątkowego wieczoru, spędzonego w ciszy, nad śpiącym jeziorem, nad granicą, wśród dobrych duchów i historii pełnych smutków i cudów.

Któregoś piątkowego ranka podczas Festiwalu Trzech Kultur kupiłam książkę Świat zapomniany – historie Żydów włodawskich, a potem w małym drewnianym domku pod  Włodawą – miastem, w którym przed wojną na trzech czwartych stołów stawiano cymes – przyrządziłam ten słodki świąteczny deser. Dziś za jego smakiem mocno zatęskniłam.
Jest pewnie tyle wersji cymesu, ile jidische mame. Jadałam cymes z jabłkiem i cymes z morelami, najbardziej jednak lubię cymes bakaliowy z cytrusową nutą. Tradycyjnie marchewki do cymesu dusi się na maśle z lekkim dodatkiem wody, tymczasem moja wersja cymesu jest wegańska.

Cztery spore marchewki pokroiłam w plasterki, włożyłam do garnka z grubym dnem i podlałam wodą, tyle tylko, aby ledwo-ledwo zakryła warzywa. Jeśli chce się uzyskać cymes bardziej treściwy, a ciągle wegański, można dodać łyżkę oleju kokosowego. Prażyłam pod przykryciem na małym ogniu, a gdy marchewki uzyskały strukturę al dente, dodałam garść namoczonych wcześniej w wodzie rodzynków, garść obranych ze skórki migdałów, garść wyłuskanych orzechów włoskich, skórkę otartą z jednej cytryny i sok z tejże cytryny. Prażyłam dalej, aż płyn niemal całkowicie odparował, od czasu do czasu poruszając garnkiem, aby marchewki nie przywarły do dna. Wreszcie dodałam szczyptę cynamonu i solidną łyżkę płynnego miodu leśnego i dokładnie wymieszałam. Odstawiłam z ognia, bo miód nie powinien być zanadto podgrzewany. Podałam jeszcze ciepły.

 



Oy, mame, bin ikh farlibt…


Ściągawka, czyli potrzebne produkty:
Cztery marchewki, woda, garść rodzynków, garść migdałów, garść orzechów włoskich, skórka i sok z jednej cytryny, szczypta cynamonu, łyżka płynnego miodu, najlepiej leśnego.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza